Wyniosłam dziadka na rękach, nie czując ani zimna, ani bólu w plecach — tylko gniew. Czysty, ostry, krystaliczny. Był zbyt lekki. I to przerażało mnie najbardziej.
— Już dobrze, dziadku — szeptałam, idąc po skrzypiącym śniegu w stronę samochodu. — Już nigdy tu nie wrócisz. Obiecuję.
Władysław ledwie skinął głową. Jakby bał się uwierzyć.
Ułożyłam go na tylnym siedzeniu, okryłam wszystkimi kocami, jakie znalazłam, włączyłam ogrzewanie na maksimum i dopiero wtedy pozwoliłam sobie na kolejny telefon — po karetkę. Następny był do wydziału opieki nad osobami starszymi. Kolejny — do zespołu śledczego, z którym pracowałam jeszcze przed nominacją sędziowską.
Gdy wróciłam do domu, Krystyna i Zbigniew Zielińscy siedzieli spokojnie w kuchni. Matka mieszała herbatę. Ojciec czytał gazetę, jakby to był zwyczajny wieczór.
— Gdzie on jest? — zapytała matka bez emocji.
Położyłam odznakę na stole. Powoli. Tak, żeby nie mieli wątpliwości.
— W bezpiecznym miejscu — odpowiedziałam spokojnie. — A wy już nie.