W czwartkowe popołudnie, zupełnie niespodziewanie, Klaudia pojawiła się w salonie. Nie z kwiatami.

— Dość, mamo! — jego głos przeszył ciszę jak nóż. — Robiłaś wyrzuty, naciskałaś, ale dziś przekroczyłaś granicę.

Klaudia zamarła. Marek podszedł do Elizy i kontynuował głośno, tak by słyszeli wszyscy:

— Wiesz, czemu pracuję tyle? Nie dlatego, że Eliza mnie utrzymuje. Tylko dlatego, że CHCĘ. Bo chcę być facetem, który daje, nie tylko bierze. A ona zawsze była przy mnie — z szacunkiem, troską, bez pretensji. Czego od ciebie nigdy nie dostałem.

Zapanowała cisza. Klaudia pobladła, ale nie powiedziała ani słowa.

— A co do mieszkania… — dodał Marek. — Zostaje tak, jak jest. Bo to nie akt notarialny buduje rodzinę, tylko wzajemny szacunek.

Wziął Elizę za rękę. Prosto, bez teatralności. Klaudia odwróciła się i wyszła, nie mówiąc już nic więcej.