Wieczór minął w ciszy.
Igor wrócił z pracy skruszony, z tortem.
— Marin… No jak ty? Uspokoiłaś się?
— Uspokoiłam się — Marina kroiła sałatkę. — Jedz, Igor.
— Oni odlecieli — oznajmił Igor, patrząc w telefon. — Mama dzwoniła, powiedziała, że wsiedli do samolotu, zadowolone.
— No to chwała Bogu.
— Marin, wybacz mi… W przyszłym roku… Słowo honoru…
— Jedz, Igor.
Telefon zadzwonił pięć godzin później.
Na ekranie: „Lena”.
Marina włączyła głośnik.
— HALOOO!!! — wrzask Leny był tak głośny, że kot śpiący na parapecie spadł na podłogę. — MARINA!!! TY SUKO!!! GDZIE MY PRZYJECHAŁYŚMY?!
Igor zakrztusił się herbatą.
— Lena, co ty? — wybąkał. — Co się stało?
— TU JEST OBORA!!! — wrzeszczała Lena. — Kury chodzą po terenie, nie ma basenu! Jest suchy, w środku śmieci! Pokój… tu są żelazne łóżka jak w szpitalu! Klimatyzacji nie ma, wody nie ma!