Była już w kapeluszu, w okularach zasłaniających pół twarzy. Wika żuła gumę, wlepiona w telefon.
Szwagierka zabrała naszą
— No co, gotowe dokumenty? — zapytała Lena bez przywitania. — Taksówkę czekamy.
Marina bez słowa podała jej kopertę.
W środku leżały bilety i vouchery wydrukowane przez Lusię na kolorowej drukarce.
Nazwa hotelu: „Sun Beach Garden Hotel” brzmiała pięknie, w rzeczywistości była to noclegownia pięćdziesiąt kilometrów od Alanyi, w górach, dokąd wożono tylko najbardziej zdesperowanych turystów.
— A pieniądze? — zapytała Lena. — Mama mówiła, że dasz tysiąc dolarów.
Marina wyjęła z portfela pięć tysięcy rubli.
— Oto wszystko, co mam. Wystarczy wam na magnesy.
Lena skrzywiła się.
— Skąpstwo. Dobra, chodź Wika, taszcz walizki.
Wyszły.
Marina zamknęła drzwi i oparła się o futrynę.
Serce biło jej jak szalone.
„Boże, byleby poleciały, byleby nie sprawdziły”.
Ale wiedziała: nie sprawdzą. Lena nigdy niczego nie sprawdza. Przywykła, że wszyscy są jej coś winni i zawsze dostaje to, co najlepsze.
— Ty suko! Gdzie my przyleciałyśmy?! — wrzeszczała szwagierka z Turcji, podczas gdy mąż patrzył na mnie z przerażeniem. Spokojnie wzięłam telefon i odpowiedziałam jednym zdaniem, po którym on wybuchnął śmiechem.