Tej nocy Marina nie spała; leżała obok chrapiącego Igora i myślała.
W głowie powstał plan: podły, twardy, ludowy.
Rano, ledwo Igor wyszedł do pracy (uciekł wcześniej, żeby nie patrzeć jej w oczy), Marina zadzwoniła do Lusi.
Ludmiła pracowała w biurze podróży, przez które brali wycieczkę — przyjaciółka z dzieciństwa, swój człowiek.
— Lusia, cześć, tu Marina, mam sytuację awaryjną.
— Co, odwołali lot?
— Gorzej, teściowa wyrwała nam wycieczki.
— No co ty?! Oddałaś?
— Musiałam: zawał, pogotowie, Igor w panice… Dobra, Lusia, słuchaj uważnie. Zaraz przyjedzie Lena przepisać tur. Spraw tak, żeby uwierzyła, że wszystko jest gotowe, ale dokumenty daj jej… inne.
— Jak to?
— Anuluj nasz tur, pieniądze zwróć mi na kartę, tylko po cichu, a im zrób nowy. Najtańszy, jakiś „last minute”: „Fortuna 2 gwiazdki”.
— Marin, oszalałaś? Przecież to będzie melina.
— Nie obchodzi mnie to. Ważne, żeby było tanio, daleko od morza i bez wyżywienia.
— A w voucherze co wpisać?
— Napisz, że hotel „5 gwiazdek”, podrasuj w Photoshopie. Powiedz, że system się zawiesił, więc nazwa wyskoczyła inna — Lena uwierzy. I powiedz, że „all inclusive” też jest, niech lecą.
— Marin… To okrutne.
— Okrutne, Lusia, to wtedy, kiedy odbierają mi urlop. To jest sprawiedliwość. Zrób to, zapłacę za ich „melinę” ze swoich, nie martw się.
O dziesiątej rano przyjechała Lena.