Wyobraziła sobie, jak jutro przyjedzie Lena. Ta „biedna wdowa”, która w rzeczywistości mieszka z facetem–Ormianinem handlującym na rynku, ale ukrywa to, żeby nie stracić zasiłków.
Szwagierka zabrała naszą
Przyjedzie z Wiką — trzynastoletnią dryblą, która już pali i wyzywa nauczycieli.
Zabiorą bilety, będą się śmiać: „frajerzy, znowu nas sponsorują”.
A Marina pojedzie na działkę, plewić grządki.
„Nienawidzę — myślała. — Nienawidzę ich wszystkich. I Igora, słabeusza, szmatę”.
Chciała spakować rzeczy i odejść, ale dokąd? Mieszkanie w kredycie, spłacać jeszcze pięć lat. Odejść — znaczy zostawić im wszystko.
Nie, odejść nie można.
Marina starła łzy, spojrzała w lustro.
Twarz spuchnięta, czerwona. Ale oczy… oczy były wściekłe.
— Dobrze — powiedziała swojemu odbiciu. — Chcecie Turcję? To będziecie ją mieli. Niezapomnianą.
— Nie płacz, kochanie, w przyszłym roku pojedziemy — pocieszał ją mąż. Nie wiedział, że płakała nie z żalu, lecz z wściekłości, a w jej głowie dojrzewał już plan „niezapomnianego” urlopu dla jego rodzinki.