Szwagierka zabrała naszą

— Mamo… — odezwał się Igor. — Jak to… Przecież się nastawiliśmy… Walizki spakowaliśmy…

— Nastawili się! — zapiszczała teściowa. — A o siostrzenicy pomyślałeś?! O siostrze?!

— Ty szmata! — wrzasnęła. — Nie tak cię wychowałam! Egoisto! Cały po tej swojej żonie! Skąpstwo, byle tylko żołądek napchać!

Złapała się za serce, jej twarz poczerwieniała.

— Oj… Oj, serce… Kłuje… Igor! Wody! Pogotowie! Powiem lekarzom, że syn doprowadził matkę do zawału!

Igor pobladł, zerwał się z miejsca, zaczął biegać po kuchni, szukając kropli.

— Mamo, nie trzeba! Mamo, uspokój się!

Spojrzał na Marinę; oczy miał jak zbity pies — przestraszone i żałosne.

— Marin… No widzisz, źle się jej robi… No oddajmy, co? Naprawdę, Wice bardziej potrzeba… A my… my potem.

Marina patrzyła na człowieka, z którym przeżyła piętnaście lat, i rozumiała: on się poddał.

Zdradził ją, ich marzenie — dla mamusinego przedstawienia.

— Oddajesz nasze wycieczki? — zapytała.

— No Marin! Nie zaczynaj! To przecież mama!

Galina Pietrowna uchyliła jedno oko, upewniła się, że syn „dojrzał”, i znów jęknęła, przewracając oczami.