Szwagierka zabrała naszą

Po pięciu minutach Galina Pietrowna siedziała przy stole, głośno siorbiąc herbatę z talerzyka (zawsze piła z talerzyka, „po kupiecku”, choć była zwykłą emerytką).

Igor siedział naprzeciwko, z pochyloną głową. Już wiedział, co zaraz będzie, czuł to swoim rdzeniem kręgowym, wytrenowanym przez matkę przez czterdzieści lat.

— Krótko mówiąc — Galina Pietrowna odstawiła talerzyk. — Sprawa jest taka: Lenoczce i Wice trzeba nad morze…

Marina zamarła z ściereczką w ręku.

— Galino Pietrowno, cieszymy się za Lenę, niech lecą, teraz jest mnóstwo lotów.

— Nie zrozumiałaś — teściowa spojrzała na synową ciężkim wzrokiem. — Oni nie mają pieniędzy, Lena wdowa, sierotka, zasiłki marne, a Wika ma adenoidy. Lekarz powiedział — tylko morskie powietrze, inaczej operacja.

— I? — zapytała Marina, czując, jak wszystko w niej zaczyna wrzeć.

— I wy powinniście pomóc, jesteście rodziną, macie wycieczki, jutro wylot.

— Mamy wycieczki — powiedziała powoli Marina. — Kupiliśmy je. Oszczędzaliśmy na nie.

— Jesteście zdrowymi łosiami! — Galina Pietrowna walnęła dłonią w stół. — Wam to morskie powietrze psu na budę, fanaberie! A dziecku chodzi o życie i śmierć! Na działce się przemęczycie, tam też jest powietrze. Rzeka śmierdzi, owszem, ale jakoś wam przejdzie.