Po pięciu minutach Galina Pietrowna siedziała przy stole, głośno siorbiąc herbatę z talerzyka (zawsze piła z talerzyka, „po kupiecku”, choć była zwykłą emerytką).
Igor siedział naprzeciwko, z pochyloną głową. Już wiedział, co zaraz będzie, czuł to swoim rdzeniem kręgowym, wytrenowanym przez matkę przez czterdzieści lat.
— Krótko mówiąc — Galina Pietrowna odstawiła talerzyk. — Sprawa jest taka: Lenoczce i Wice trzeba nad morze…
Marina zamarła z ściereczką w ręku.