Igor patrzył na żonę tak, jakby po raz pierwszy ją zobaczył: z przerażeniem i… podziwem.
— Ty… ty zrobiłaś to specjalnie?
— Specjalnie, Igor.
— A pieniądze? Nasze dwieście pięćdziesiąt tysięcy?
— Wróciły na kartę, po odjęciu kary i kosztu ich „meliny”. Grosze, wyszło jakieś trzydzieści tysięcy, reszta cała. Jutro pojedziemy ci naprawić samochód albo kupimy mi futro.
Igor milczał minutę, trawił to wszystko.
Potem parsknął.
Potem zachichotał.
A na końcu wybuchł śmiechem. Nerwowym, histerycznym, ale szczerym.
— No ty jesteś wiedźma, Marin… No ty jesteś żmija…