Sophie wyszła z kuchni za hrabiną, starając się zachować nienaganną postawę, tak jak uczyła ją babcia: „

W sali dało się wyczuć napięcie. Kilku gości wymieniło porozumiewawcze spojrzenia. Matylda sięgnęła po serwetkę leżącą na stole i nagłym ruchem rzuciła ją w stronę Sophie — jakby rzucała rękawicę przeciwnikowi.

Serwetka trafiła Sophie w ramię i opadła na podłogę. Zapadła cisza.

— Podnieś to — zażądała hrabina stanowczo. — Skoro tu jesteś, udowodnij, że potrafisz być pożyteczna. Czy może uważasz, że kolor twojej śliwkowej sukni to jedyna rzecz, na jaką możesz liczyć?

Sophie powoli się schyliła, podniosła serwetkę, lecz zamiast oddać ją z powrotem, starannie złożyła i zatrzymała w dłoni. Wśród gości rozległ się cichy szept.

Matylda zaczerwieniła się ze złości i zrobiła krok naprzód:

— Ośmielasz się mnie kwestionować?

Nim Sophie zdołała odpowiedzieć, rozległ się głęboki, zdecydowany głos lorda Alberta:

— Dość!