Misza trzasnął kubkiem kawy o blat, odliczając minuty do wyjścia. Ich wspólne mieszkanie, w którym przeżyli dwadzieścia lat małżeństwa, teraz wydawało mu się dusznym pudełkiem. Trzy miesiące temu zdecydował, że odchodzi od Iry. Już nie „żony”. Po prostu Iry.
— Dokumentów nie zapomniałeś? — zawołała z korytarza.
— Nie jestem dzieckiem — odburknął.
Weszła do kuchni. Schudła, pod oczami miała ciemne kręgi. Misza odwrócił się do okna — patrzeć na nią było mu niewygodnie.