— To dla ciebie. Za twój trud.
Rodzina mojego męża
W środku była kostka mydła w pogniecionym opakowaniu. Tanie, z zapachem mydła gospodarczego.
Wzięłam je i skinęłam głową w milczeniu.
Minął rok. Dwudziestego drugiego grudnia Antonina Pietrownna zadzwoniła ponownie.
— Viktor, zdecydowaliśmy, że znowu spotkamy się u was. Będziemy tyle samo osób, może trochę więcej. Wiera już wie, co przygotować, prawda? W zeszłym roku wszystko było świetnie.
Viktor spojrzał na mnie winnie. Czekał na awanturę.
— Dobrze, — odpowiedziałam spokojnie. — Przyjedźcie.
Uniósł zdziwiony brwi, ale ja po prostu kontynuowałam mycie naczyń.
Następnego dnia kupiłam trzy bilety na bazę turystyczną w lesie, trzy godziny drogi stąd. Domki z kominkami. Viktor pracował do późna cały grudzień i nie zauważył, jak zbierałam rzeczy.
Trzydziestego grudnia wieczorem Antonina Pietrownna zadzwoniła do mnie.
— Wiera, pamiętasz, że jutro jedziemy? Przygotuj jak ostatnio, tylko więcej sałatki Olivier. I nie zapomnij o gorącym daniu, kurczaki było za mało.
— Wszystko będzie gotowe, — powiedziałam.
Odłożyła słuchawkę zadowolona.
Trzydziestego pierwszego grudnia o dziesiątej rano wsiedliśmy z córką do taksówki. Viktor nie był w domu — wyjechał rano do pracy, obiecał wrócić o trzeciej. Zostawiłam dom czysty, pusty, zamknięty na wszystkie zamki.
— Mamo, tata wie, że wyjeżdżamy? — zapytała córka w samochodzie.
— Dowie się, — odpowiedziałam.