Rodzina mojego męża

Trzydziestego pierwszego grudnia wstałam o szóstej rano. Półtora wiadra ziemniaków, pięć kilogramów kurczaka, śledzie pod pierzynką w dwóch miskach. Do obiadu ręce paliły mnie od noża, plecy bolały.

Viktor odśnieżał ścieżki. Córka ubierała choinkę. Zostałam sama z górą brudnych naczyń i myślą, że za kilka godzin wejdzie tu dwudziestu dwóch ludzi, których właściwie nie znam.

O godzinie siedemnastej pierwsi goście pukali do drzwi. Nie zdążyłam się przebrać. Antonina Pietrownna weszła z głośnym śmiechem, w błyszczącej sukni, z fryzurą jak po wizycie w salonie.

— Wiera, gdzie są przystawki? Szybciej, goście czekają!

Nosiłam talerze, nalewałam, podgrzewałam, układałam. Nikt mnie nie zaprosił do stołu. Viktor siedział obok matki, podnosił kieliszek. Spojrzałam na niego raz — opuścił oczy.

O północy usiadłam na kanapie w odległym pokoju. Tylko na chwilę. Ale ciało samo się wyłączyło — zapadłam w ciężki sen, jak przy omdleniu.

Obudziłam się o szóstej rano od zimna. W salonie chrapali ludzie, ktoś spał bezpośrednio na dywanie. Na stole resztki jedzenia, przewrócone kieliszki, plamy po czerwonym, suchym winie. Rodzinne naczynia dziadka — trzy talerze ze starego serwisu — leżały w kawałkach.

Stałam pośrodku bałaganu i nie płakałam. Łez po prostu nie było.

Cały następny dzień myłam, wycierałam, wynosiłam śmieci. Antonina Pietrownna obudziła się około obiadu i zażądała kawy.

— A kiedy będzie kontynuacja bankietu? — zapytała, ziewając.

Viktor milczał.

Trzeciego stycznia teściowa podała mi paczkę.