Trzydziestego pierwszego grudnia wstałam o szóstej rano. Półtora wiadra ziemniaków, pięć kilogramów kurczaka, śledzie pod pierzynką w dwóch miskach. Do obiadu ręce paliły mnie od noża, plecy bolały.
Viktor odśnieżał ścieżki. Córka ubierała choinkę. Zostałam sama z górą brudnych naczyń i myślą, że za kilka godzin wejdzie tu dwudziestu dwóch ludzi, których właściwie nie znam.
O godzinie siedemnastej pierwsi goście pukali do drzwi. Nie zdążyłam się przebrać. Antonina Pietrownna weszła z głośnym śmiechem, w błyszczącej sukni, z fryzurą jak po wizycie w salonie.
— Wiera, gdzie są przystawki? Szybciej, goście czekają!