Marina zapłaciła przy kasie z kamienną twarzą. Karta stuknęła o terminal zbyt głośno — a może tylko jej się tak wydawało. Aleksander zapłacił swoją część w milczeniu, nie patrząc na nią. Wyszli z supermarketu różnym krokiem, ale w tym samym kierunku — jak ludzie, którzy formalnie są razem, lecz od dawna każdy osobno.
W samochodzie Marina demonstracyjnie wpatrywała się w telefon.
— A propos — rzuciła po kilku minutach, nie odrywając wzroku od ekranu — mama dzwoniła. Pytała, czy będziemy u niej pierwszego stycznia. Powiedziałam, że nie wiem. Nie mam ochoty siedzieć przy stole i słuchać jej westchnień o tym, że „trzeba żyć skromniej”.
Aleksander mocniej ścisnął kierownicę.
— Anna nie mówi nic złego — odpowiedział spokojnie. — Ona po prostu chce nas zobaczyć.
— No właśnie, ona chce — prychnęła Marina. — A mnie nikt nie pyta. U niej ciągle to samo: „najważniejsza jest rodzina”, „pieniądze to nie wszystko”. Łatwo tak mówić, kiedy całe życie oszczędzała na sobie.
Nie odezwał się. Nie dlatego, że się zgadzał — tylko dlatego, że zrozumiał: Marina nawet nie próbuje słuchać.
Wieczorem, gdy produkty były już rozłożone na półkach, Aleksander jednak zadzwonił do matki.
— Mamo — powiedział cicho, wychodząc na balkon. — Przyjedziemy. Ja przyjadę.
— Synku — odezwała się od razu Anna, a w jej głosie była ta sama ciepła ostrożność — będę się cieszyć. Nawet jeśli będziesz sam. Nie martw się, wszystko rozumiem.
Te słowa zabolały bardziej niż jakiekolwiek wyrzuty.
Nowy Rok przywitali we troje — Aleksander, Marina i napięcie między nimi. Marina z przyjemnością ustawiła na stole wszystko, co kupiła, mówiła głośno, śmiała się zbyt demonstracyjnie i nie zapominała podkreślać:
— To ja wzięłam, to też ja. No proszę, potrafię sprawiać sobie przyjemność.
Aleksander jadł w milczeniu. I po raz pierwszy od dawna jasno zrozumiał: obok niego jest człowiek, dla którego ważniejsze jest udowodnić niż dzielić.
Rankiem pierwszego stycznia spakował torbę.