Pomyliłaś numer. Sponsorów już

— Krystyno, ale to przecież klasyka — powiedziałam ciszej, niż zamierzałam. — I jakość jest świetna… Proszę dotknąć, jaka miękka wełna. Sama mówiłaś, że w kurtce marzniesz.

— Daj spokój, do sklepu dojść i wrócić — machnęła ręką, nawet nie patrząc na płaszcz. Usiadła w ulubionym fotelu zmarłego męża, jak na tronie. — Lepiej zrób tak, kochana. Oddaj go do sklepu. A pieniądze… pieniądze daj mi. Sama będę wiedziała, co jest mi bardziej potrzebne.

Spojrzałam na Marka. Stał przy oknie, udając, że jest zafascynowany latarnią uliczną. Garbił się bardziej niż zwykle — pewny znak, że chciałby zniknąć.

— Marek? — odezwałam się cicho.