Stałam przy półce z mlekiem, a w głowie mi dzwoniło. „Na karku”. O mnie. O kobiecie, która przez dziesięć lat dźwiga cały dom, gotuje, pierze, pracuje.
W domu milczałam. Wasilij zachowywał się normalnie — zjadł, włączył mecz. Ja mechanicznie zmywałam i myślałam: „No proszę. Ja dla niego przeszkoda, a mama — świętość”.
Dwa dni później sama Galina Pietrowna zadzwoniła. Głos miała surowy, bez cukierkowych nutek.
— Olga, zrozum. Ja chcę dobrze. Mężczyzna powinien być gospodarzem. A u was wszystko na odwrót, to nie w porządku. Mieszkałam z nieboszczykiem trzydzieści lat i u nas tak nie było.
— A gdzie on teraz, ten wasz gospodarz? — wyrwało mi się, i od razu wiedziałam, że przekroczyłam granicę.
Westchnęła do słuchawki, ale nie rozłączyła się.
— Wiesz, dziewczyno, jesteś uparta. Z takimi długo nie wytrzymują. Nie chcę, żeby Wasiowi życie się zmarnowało.
— A ja nie chcę, żeby moje się zmarnowało — powiedziałam cicho, ale w środku aż mną trzęsło.
Potem zaczęła się zimna wojna. Przestaliśmy z Wasilijem jeść razem kolacje. On to się spóźniał, to jadł w salonie przed telewizorem. A wieczorami słyszałam, jak szeptem rozmawia z mamą przez telefon — i aż mnie trzęsło.
Kulminacja przyszła w piątek wieczorem. Wróciłam z pracy, a on siedzi przy stole z jakąś umową.
— To wstępny projekt — powiedział, nawet na mnie nie patrząc. — Podpiszmy, a potem do notariusza. Po co zwlekać?…
Wzięłam kartkę, podarłam ją na pół i rzuciłam na stół.
— Nigdy — powiedziałam. — Słyszysz, Wasia? Nigdy.