Podpiszesz te papiery

I moment nadszedł w sobotę.

Stałam przy kuchence, smażyłam kotlety, para gryzła w oczy, włosy kleiły się do skroni. Wasilij siedział przy stole, pił herbatę i nagle, między jednym łykiem a drugim, powiedział:

— Mama pytała, kiedy zamierzasz pójść do notariusza.

Odłożyłam łopatkę na brzeg patelni i spojrzałam na niego.

— A co jej odpowiedziałeś?

— A co myślisz — westchnął, jakbym go męczyła. — Ale, Ola, no serio, czemu się uparłaś? Jestem twoim mężem. To przecież normalne.

— Normalne? — parsknęłam i przewróciłam kotlety tak gwałtownie, że tłuszcz prysnął. — Normalne to wtedy, gdy mąż żonę broni, a nie przytakuje mamie w jej bredniach.

— Ola… — zaczął tonem, którym mówi się do dzieci, — nie róbmy dramatu. Mama jest starsza, ma swoje poglądy. Jej tak będzie spokojniej.

— Jej?! — nawet się zaśmiałam, ale śmiech wyszedł suchy jak kaszel. — A mnie kiedy będzie spokojniej? Jak uroczyście wręczę ci klucze do swojego mieszkania, tak?

— Ty wszystko odbierasz jak atak — spuścił wzrok do kubka. — Wiesz, z takim charakterem… to sama zostaniesz.

To uderzyło poniżej pasa. Jak kołek w pierś. Nie dlatego, że boję się zostać sama — tylko dlatego, że on powiedział to jak groźbę. I nagle zrozumiałam: tu już nie chodzi o jego mamę. To on. On chce, żebym się ugięła.

Wieczorem, kiedy poszłam po mleko do sklepu, zadzwoniła Tanka — koleżanka z pracy. Jej głos był ostrożny, jakby stąpała po lodzie.

— Słuchaj, Ola — mówi — przypadkiem usłyszałam… Nie chciałam ci mówić, ale może lepiej wiedzieć. Twój Wasilij gadał dziś u nas przy kawie z chłopakami… że żona się stawia, ale on i tak dopnie swego, żeby mieszkanie było na niego. I że „siedzisz mu na karku”.