Wieczorem, kiedy rozpakowaliśmy zakupy i sprzątałam torby w kuchni, wszedł i powiedział, patrząc gdzieś w podłogę:
— No, może byś tak poważnie pomyślała. Mama dobrze mówi.
— Poważnie? — odwróciłam się, a głos mi się załamał. — Ty teraz poważnie, Wasia?
— No a co… — wzruszył ramionami. — Facet powinien być najważniejszy. Przecież ci ufam. A ty mnie?
Ufamy. To słowo. Tak sucho zabrzmiało, że chciało mi się śmiać. Ja mu ufam — a on mi stawia warunki przez swoją matkę.
Poszłam spać z ciężką głową. On wiercił się obok, a ja patrzyłam w ciemność i myślałam: „To dopiero początek. Dalej będzie gorzej”. I to nawet nie była złość. To było rozczarowanie. Gęste, lepkie, jak stare masło na patelni.
A rano udawał, że nic się nie wydarzyło.
Minął tydzień od tamtej rozmowy u Galiny Pietrowny. Tydzień ciszy — tak lepkiej, że łapałam się na tym, iż czekam, aż ktoś trzaśnie drzwiami, żeby rozładować powietrze. Wasilij zachowywał się, jakby nic się nie stało: telewizor, praca, obiad, kanapa. Ale ja wiedziałam — to nie dlatego, że zmienił zdanie, tylko dlatego, że czeka na moment.