Po coście do mnie przyszli
Natalia odwróciła się w stronę biurka, odruchowo poprawiła teczki z dokumentami, choć i tak leżały idealnie równo. Głęboki wdech. Wydech. Nauczyła się kontrolować emocje jeszcze w dzieciństwie, gdy zrozumiała, że łzy i urazy niczego nie zmieniają. Tylko czynią cię słabszą.
Rodzice. Zabawne, jak to słowo wciąż wywoływało lekkie mrowienie gdzieś pod żebrami, jak drzazgę, której nie można wyjąć. Natalia dawno przestała się na nich złościć. Rozumiała, że starali się robić jak najlepiej, jak im wtedy się wydawało. Ale niektórych rzeczy zapomnieć się nie dało.
Jej nieszczęścia zaczęły się jeszcze zanim się urodziła.
Mama opowiadała tę historię rzadko, zwykle po dwóch kieliszkach wina na jakiejś rodzinnej uroczystości, gdy język się rozwiązywał, a kontrola słabła.
— Z twoim ojcem nie zamierzaliśmy się pobrać — mówiła, patrząc gdzieś w bok. — Po prostu się spotykaliśmy.
— Uczyłam się na uniwersytecie, chciałam zostać nauczycielką literatury. On pracował w fabryce, chciał pójść na studia. A potem okazało się, że jestem w ciąży. Twoja babcia powiedziała, że to hańba, jeśli się nie pobierzemy. I tak zagraliśmy ślub w USC, dwadzieścia osób gości, tort i szampan. Nie powiem, żebyśmy wtedy byli szczęśliwi.
Natalia dobrze pamiętała mieszkanie, w którym spędziła dzieciństwo. „Chruszczowka” na obrzeżach, dwa pokoje, niskie sufity i wieczna ciasnota. Ojciec pracował na dwóch etatach, mama jako korepetytorka i sprzątaczka. I tak brakowało pieniędzy. Pamiętała, jak szeptali nocami w kuchni, jak mama czasem płakała, jak ojciec zirytowany trzaskał drzwiami.