Pewna kelnerka w tajemnicy karmiła samotnego chłopca – aż do dnia, gdy cztery czarne terenówki zatrzymały się przed restauracją, a żołnierze pojawili się z listem, który uciszył całe miasto

Podczas pierwszej wizyty zamówił jedynie szklankę wody. Jenny podała ją z uśmiechem, dokładając papierową słomkę. Chłopiec tylko lekkim skinieniem głowy potwierdził odbiór, nie podnosząc wzroku. Tak samo było kolejnego dnia. Do końca tygodnia Jenny zauważyła, że przychodzi zawsze punktualnie o 7:15, zostaje przez czterdzieści minut, a następnie odchodzi do szkoły bez jedzenia.

Po piętnastu dniach kelnerka położyła na stoliku talerz naleśników, jakby przez pomyłkę.

„Ojej, przepraszam” – odezwała się obojętnie. – „W kuchni zrobiło się trochę więcej. Lepiej, żebyś to zjadł, niż żeby się zmarnowało.”

Chłopiec spojrzał w górę, a w jego oczach dostrzegła mieszankę głodu i wahania. Jenny po prostu odeszła. Dziesięć minut później talerz był pusty.

„Dziękuję” – wyszeptał, kiedy kelnerka wróciła.

To niemal bezsłowne porozumienie stało się codziennym zwyczajem. Bywały dni, kiedy podawała naleśniki, innym razem jajka z tostami albo owsiankę na chłodne poranki. Nigdy nie pytała, nigdy nie oczekiwała wyjaśnień; chłopiec zawsze zjadał każdy kęs.

Milczące pytania i niechciane komentarze
„Kim jest ten chłopak, którego cały czas obsługujesz?” – spytał kiedyś Harold, emerytowany listonosz. – „Nigdy nie widziałem jego rodziców.”