“Patrzcie, kto się w końcu pojawił,” krzyknął mój ojciec, Robert, z jego skórzanego fotela. Posłał mi jedynie przelotne spojrzenie na swój tablet. “Już zaczęliśmy myśleć, że nie możesz wziąć wolnego z księgarni.”
Nigdy nie powiedziałem
Mój ojciec nigdy nie przegapił okazji, by przypomnieć mi, kim “jestem”. A nie, kim jestem. Kim jestem w ich narracji.
“Dostałam wolne wcześniej,” powiedziałam, starając się, by mój głos brzmiał łagodnie, prawie pokornie.
Ciocia Karolina podeszła, jej obcasy wnikając w puszysty dywan. Dotknęła mojego ramienia dwoma palcami, jakby obawiała się, że bieda może być zaraźliwa.
“Della, kochanie,” z westchnieniem zaczęła, skłaniając głowę. “Tak się martwiliśmy o ciebie. Mieszkając sama w tej maleńkiej kawalerce… pracując w sprzedaży w twoim wieku…”
W twoim wieku.
Trzydzieści dwa. Gdy tak to powiedzieli, mogłam równie dobrze być osiemdziesięcioletnią panią z wózkiem pełnym żalu.
Skinęłam głową, pozwalając, by dezaprobata ogarnęła mnie. “Księgarnia trzyma mnie zajęta, ciociu Karolino. Jestem wdzięczna za stałą pracę.”
“Stała praca,” powtórzył wujek Harold z suchym śmiechem. “To jeden sposób spojrzenia na to. Kiedy miałem trzydzieści dwa, prowadziłem już własną firmę księgową. Ale, każdy ma po swojemu.”
Kuzynka Jessica pojawiła się obok niego, chwytając się szampana w kieliszku. Uśmiechała się, jakby właśnie dostała mikrofon.
“A mówiąc o sukcesie,” wykrzyknęła, na tyle głośno, by sąsiedzi mogli usłyszeć, “zobaczcie, jaka Madison zarabia. Pięćset tysięcy rocznie. Czy można wyobrazić sobie taką kwotę, Della?”