Moja matka stała tam, ujęta przez wejście jak obrazek “Elegancji na Święta”. Miała na sobie głęboko zieloną jedwabną suknię, perły opierające się na jej szyi, a jej włosy były wymodelowane w fale, które nie drgnęły. Jej uśmiech był idealny, wypolerowany i całkowicie pusty—taki, który dajesz kelnerowi, którego planujesz nie przelicytować.
“Della,” powiedziała, odsuwając się na bok bez otwierania ramion. “Dotarłaś.”
Nie: Cieszę się, że jesteś.
Nie: Jak tam?
Po prostu: Rekwizyt przybył na plan.
“Wszyscy są w salonie,” dodała, jej głos brzmiący sztywno. “Madison właśnie wróciła z biura. Staraj się nie robić zamieszania z tym płaszczem.”
Wkroczyłam do środka, przestawiając za wielki ubiór, jakbym próbowała ukryć się w nim. Dom pachniał cynamonowymi patyczkami, drogim Merlotem i świeżym zapachem sosny girlandowatej. To był zapach, który naśladował ciepło, nie dając go jednak.
Salon był tableau sukcesu klas średnich. Ciocia Karolina była tam w kremowym kaszmirowym swetrze, nosząc swoją charakterystyczną zmartwioną minę. Wujek Harold stał przy kominku, wirując szklanką bourbonu. Kuzynka Jessica błyszczała w biżuterii, której cena przewyższała moją “pensję” w księgarni. A babcia Róża siedziała na swoim wysokim krześle, trzymając laskę, a jej usta były zaciśnięte w ciasnym linii, jakby już była zawiedziona rozrywką wieczoru.
Gorący szum rozmów umarł, gdy tylko weszłam do łuku.