Nie pójdziemy do restauracji

— A ja jemu — perforator.

Paweł roześmiał się tak, że omal nie rozlał herbaty.

— No i bardzo dobrze! Mąż też powinien poczuć całą głębię praktyczności!

Larisa westchnęła i pokręciła głową.

— Dobry rewanż, ale wiesz, kochana, to nie pomoże. Oni, mężczyźni, myślą, że chodzi o samą rzecz. A tak naprawdę chodzi o to, co za nią stoi.

— Oj tak — mruknął Paweł. — Pamiętasz, jak dałem ci sokowirówkę na jubileusz? Potem miesiąc ze mną nie rozmawiałaś.

— Jeszcze jak — prychnęła Larisa. — Pomyślałam, że mnie za robot kuchenny uważasz.

— Chciałem ci ułatwić życie! — zaprotestował.

— Prosiłam cię o to? — odbiła spokojnie.

Marina i Ilja spojrzeli na siebie. Ich spojrzenia spotkały się na chwilę — wystarczająco, by zrozumieli, że nie są pierwsi, którzy potknęli się o to samo.

Po kolacji Larisa zaprosiła Marinę do salonu. Było tam cicho, pachniało lawendą.

— Posłuchaj — zaczęła łagodnie. — Ja też przez to przechodziłam. Oni nie robią tego ze złej woli. Po prostu ich językiem troski są rzeczy. Naszym — uwaga.

— On chce, żebym sporządziła listę życzeń — przyznała Marina. — Żeby wiedzieć, co kupić.

Larisa uśmiechnęła się pobłażliwie:

— Czyli nie zrozumiał. Kiedy oddałam tę sokowirówkę do komisowego i powiedziałam, że „się zepsuła”, Paweł chodził tydzień zamyślony. A potem sam zapytał: „Czego tak naprawdę chcesz?” I wtedy coś zaczęło się zmieniać.

Marina kiwnęła głową. W jej duszy po raz pierwszy od dawna zrobiło się trochę lżej.

Droga do domu minęła w ciszy, ale nie była to już obojętność, tylko zamyślenie. Oboje myśleli o swoim.

Ilja po raz pierwszy od dawna złapał się na tym, że nie wie, czego pragnie Marina — nie w rzeczach, lecz w życiu.

Mapa marzeń