Nie pójdziemy do restauracji

— Kup chleb.

— Upierz ręczniki.

— Gdzie jest żelazko?

Słowa stały się mechaniczne, a głosy — równe, jak u dwóch współlokatorów zmuszonych dzielić jedną przestrzeń.

Marina coraz częściej gotowała na starej, wysłużonej patelni, która została jej po matce. Nowa, „prezentowa”, stała bezużytecznie. Czasem Ilja, patrząc na nią, chciał coś powiedzieć, ale nie znajdował odpowiednich słów.

Rozumiał: między nimi wyrosła ściana. I sam ją zbudował.

Odbicie w starszych

Po tygodniu pojechali do rodziców Ilji — Larisy Wiktorowny i Pawła Siemionowicza. Była niedziela, czajnik szeleścił na kuchence, pachniało wypiekami. Niby wszystko jak zwykle, ale przy stole wisiała dziwna cisza.

Larisa Wiktorowna spojrzała na nich znad okularów.

— Jacyś wy dziś małomówni. Wszystko u was w porządku?

— Wszystko dobrze, mamo — odpowiedział Ilja, nie podnosząc wzroku. — Po prostu jesteśmy zmęczeni.

Paweł parsknął śmiechem:

— „Zmęczeni” — tak kiedyś mówiliśmy, kiedy ktoś się dąsał.

Marina lekko się uśmiechnęła, ale odpowiedziała łagodnie:

— Chyba mamy z Ilją… twórczy kryzys w kwestii prezentów.

— O, to ciekawe! — ożywiła się teściowa. — A ja się zastanawiam, czemu syn chodzi taki markotny. Co, z prezentem nie trafił?

— Przeciwnie — wtrącił Ilja z lekką ironią. — Teraz Marina postanowiła odpowiedzieć moją własną logiką.

— Zgadnę — powiedziała Larisa, mrużąc oczy. — Kupił ci znowu coś do kuchni?

Marina kiwnęła głową.