Nie pójdziemy do restauracji

Następnego ranka Marina wstała wcześniej, upiekła tort i nakryła do stołu. O dziesiątej zadzwonił dzwonek do drzwi. Kurier z dużym pudełkiem stał w progu.

— Proszę odebrać, dostawa na nazwisko Ilji Siergiejewicza — powiedział.

Ilja z zaciekawieniem przejął pudełko.

— To od ciebie?

— Otwórz — uśmiechnęła się Marina, choć jej oczy pozostały chłodne.

Zerwał taśmę, uniósł pokrywę — i zamarł. W środku leżał mocny, profesjonalny perforator w plastikowej walizce.

— Perforator? — powtórzył, wyraźnie nie rozumiejąc.

— Tak — odpowiedziała spokojnie. — Najbardziej niezawodny model. Teraz możesz wiercić nawet w betonowych ścianach. Dodałam też koronę do betonu — podobno rzecz niezastąpiona.

Patrzył na nią, nie wiedząc, czy powinien się śmiać, czy złościć.

— To jakiś żart?

— Ani trochę — powiedziała Marina równo. — Praktyczne prezenty to najwyższa forma troski, prawda? Sam tak mówiłeś.

Zapadła cisza. Potem zamknął walizkę jednym ruchem, odstawił ją przy stole — tak, że głośno uderzyła o nogę.

— Bardzo… oryginalnie — mruknął. — Dzięki, oczywiście.

Marina wzruszyła ramionami.

— Nie ma za co. Najważniejsze, żeby było użyteczne.

Przy śniadaniu milczeli. Tylko dźwięk łyżki uderzającej o talerz przerywał ciszę. Marina patrzyła w okno i czuła dziwne ukojenie.

W końcu odpowiedziała na jego logikę jego własną bronią.

Słowo za słowo

Przy śniadaniu powietrze było gęste jak zimna para nad stygnącą kawą. Marina milczała. Ilja jadł tort, który upiekła, nie patrząc w jej stronę. W końcu odłożył widelec i ciężko westchnął.

— Marina — zaczął — doceniam twoją… troskę. Ale perforator? Po co? Przecież mam już wiertarkę. To po prostu… dziwne.

Spojrzała na niego spokojnie.

— A ja miałam już trzy patelnie, zanim podarowałeś mi czwartą. I jakoś nie uważałeś tego za dziwne.

— To co innego! — wybuchł. — Chciałem, żeby było ci wygodnie! Żeby kuchnia była jak u szefa kuchni.