Nic nie dodałam. On też nie. Cisza zapadła między nami jak ciężki przedmiot, którego nie da się już przesunąć.

Clara nie zadzwoniła. I nie obchodziło mnie to. Miała dwadzieścia pięć lat i historię, która już do mnie nie należała.

Po rozwodzie po raz pierwszy pojechałam sama do domu pod Lyonem. Otworzyłam okna, przewietrzyłam pokoje, usiadłam na tarasie z gorącą kawą i pomyślałam o mamie.

„Kobieta musi zawsze mieć miejsce, do którego może odejść”.

Wtedy zrozumiałam, że nie chodziło tylko o dom. Chodziło o wolność. O bezpieczeństwo, że nie jesteś zależna od kogoś, kto pewnego dnia może uznać, że nie jesteś już potrzebna.

Sześć miesięcy później wróciłam do panieńskiego nazwiska. Zaczęłam prowadzić zajęcia. Poznałam nowych ludzi. Nie z potrzeby. Z ciekawości.

Pewnego wieczoru dostałam wiadomość od Marca. Jedno zdanie.

„Miałaś rację”.

Nie odpisałam.

Bo prawdziwe zwycięstwo to nie ostatnie słowo.

To brak potrzeby czegokolwiek udowadniać.