Nic nie dodałam. On też nie. Cisza zapadła między nami jak ciężki przedmiot, którego nie da się już przesunąć.

— Dokąd mam pójść? — wymamrotał bardziej do siebie.

— Gdzie chcesz. Do Clary. Do przyjaciół. Do hotelu. Ale nie tutaj.

Rozejrzał się. Mieszkanie, które uważał za „swoje”, nagle stało się dla niego obce. Kanapa, na której zasypiał wieczorami, regał, którego nigdy nie czytał, stół, przy którym zjedliśmy tyle cichych kolacji — wszystko należało do mnie, prawnie i emocjonalnie.

— Dzieci… — zaczął.

— Dzieci są dorosłe, Marc. I już znają prawdę. Nie ja im ją powiedziałam. One ją wyczuły.

Westchnął głęboko. Po raz pierwszy widziałam, że jest zmęczony nie pracą, lecz własnymi decyzjami.

— Nie chciałem cię zranić — powiedział cicho.

Uśmiechnęłam się. Nie ironicznie. Trzeźwo.