Następnego ranka nadeszła cicha, blada jasność, przesączająca się pod cienkimi zasłonami. Elza prawie wcale nie spała.

— Tomasz, — powiedziała łagodnie, — nie nienawidzę cię. Ale nie mogę tak dłużej żyć. Latami próbowałam naprawiać coś, co tylko ty mogłeś naprawić. I tego nie zrobiłeś.

Tomasz przymknął oczy, jakby dostał cios.

— Moglibyśmy spróbować jeszcze raz… błagam…

— Nie. Nie chcę już walczyć o to, by przekonywać cię, że możesz mi ufać. Ja wiem, kim jestem. A ty musisz się nauczyć, kim jesteś bez przerzucania na mnie własnych cieni.

Tomasz wstał gwałtownie, zrozpaczony:

— Czyli to naprawdę koniec?

Elza wzięła głęboki oddech.

— Koniec naszego małżeństwa. Ale dla mnie… to początek.