Następnego ranka nadeszła cicha, blada jasność, przesączająca się pod cienkimi zasłonami. Elza prawie wcale nie spała.

Elza uśmiechnęła się. Fotografia rzeczywiście figurowała jako pierwszy punkt w jej dawnym dokumencie — jak subtelny znak.

— Może ma pan rację.

Po południu, gdy wróciła do domu, Tomasz już tam był. Siedział w salonie z opuszczonymi ramionami i zaczerwienionymi od niewyspania oczami.

— Elza… możemy porozmawiać? — zapytał cicho, niemal błagalnie.

Elza podeszła powoli, odstawiając torbę.

— Zawaliłem sprawę, — powiedział Tomasz. — Zachowałem się jak szaleniec. Dałem się opanować zazdrości i własnym lękom. Wiem, że nie zasługuję na przebaczenie, ale… nie potrafię zaakceptować, że to koniec.

Elza patrzyła na niego długo. Dawniej, po podobnych kłótniach, od razu próbowałaby łagodzić sytuację, usprawiedliwiać go, udowadniać wszystkim wokół, że „w gruncie rzeczy jest dobry”. Teraz jednak czuła się inna.