Minął prawie rok, zanim w końcu odważyłam się pojechać do domu, z którego wszyscy się śmiali. Był zimny, mglisty poranek października. Dom stał na skraju zapomnianej wioski, dwie godziny drogi od Pragi. Droga wiła się wśród nagich drzew, a ciężka mgła unosiła się powoli nad polami, jak oddech samej ziemi.
Dom wyglądał dokładnie tak, jak go zapamiętałam z dzieciństwa — zapadnięty dach, przekrzywione okiennice, ściany porośnięte bluszczem. A jednak, kiedy dotknęłam zardzewiałej klamki, poczułam coś dziwnego. Jakby to miejsce mnie rozpoznało.
Weszłam do środka. Powietrze pachniało starym drewnem i wilgocią. W rogu salonu tykał zegar, choć nikt go nie nakręcał od lat. Przesunęłam dłonią po stole, a pod cienką warstwą kurzu znalazłam mały brązowy klucz, przewiązany niebieską wstążką. Pod nim leżała pożółkła karteczka: