Dotarli do tylnej drzwi.
Na zewnątrz niebo wisiało nisko i szaro. W oddali groziła deszcz. Powietrze pachniało wilgotnym kamieniem i przyciętymi żywopłotami.
Dotarli do tylnej drzwi.
Na zewnątrz niebo wisiało nisko i szaro. W oddali groziła deszcz. Powietrze pachniało wilgotnym kamieniem i przyciętymi żywopłotami.
Aisha nie pozwoliła mu zatrzymać się, aby pomyśleć. Złapała czapkę bejsbolową z wieszaka, wręczyła mu ją i wsunęła na głowę.
„Załóż kaptur,” nakazała.
„Nie zamierzam nosić—”
„Chcesz żyć?” przerwała mu ostro, a Marcus zamilkł.
Weszli na podjazd jak przestępcy uciekający z własnego domu.
Samochód Aishy stał przy garażu, zużyta limuzyna z wyblakłym lakierem i wgnieceniem na tylnym zderzaku. Marcus widział go setki razy i ani razu się tym nie interesował.
Teraz wyglądał jak życie ratunkowe.
Wsiedli do środka. Silnik charkotał, niechętnie, a potem odpalił.
Aisha prowadziła.
Bez dramatycznej muzyki, bez wolnej akcji jak w filmach.
Jedna kobieta trzymająca kierownicę tak mocno, że jej kostki zbladły, i miliarder siedzący na siedzeniu pasażera w bluzie, która pachniała delikatnie detergentem do prania i przetrwaniem.
Marcus obserwował, jak brama jego posiadłości znika za nimi.
Po raz pierwszy w swoim życiu nie czuł się jak człowiek opuszczający dom.