Michał stał z kieliszkiem uniesionym

— Mamo… ja… nie chciałam…

— Chciałaś dokładnie tego, czego chciałaś — odparła Elżbieta. — Tylko nie spodziewałaś się, że będę w domu.

Klara przełknęła ślinę i wyszła. Michał trzasnął drzwiami mocniej, niż było trzeba. Elżbieta stała jeszcze chwilę nieruchomo pośrodku pokoju. Potem wzięła głęboki oddech, podeszła do okna i odsłoniła zasłonę. Miasto było takie samo — zimne, żywe.

Wyjęła telefon. Zanim wybrała numer Luizy, otworzyła wiadomość z sanatorium: „Dziękujemy za pobyt. Zapraszamy ponownie”. Elżbieta uśmiechnęła się po raz pierwszy tego wieczoru — krótko, gorzko, ale po swojemu.

Otworzyła szufladę biurka i wyjęła biały kopertę z napisem: „Notariusz”. Obróciła ją w palcach, jakby ważyła nie papier, lecz wolność.

— Robert — szepnęła. — Dziś zrozumiałam coś ważnego. Że nie wystarczy kochać. Trzeba się też bronić.

Schowała kopertę, zgasiła światło w salonie. W ciemności mieszkanie znów było jej. Tylko jej. A cisza wreszcie nie była winna. Była stanowcza.

Gdy telefon zawibrował z połączeniem od „Luiza”, Elżbieta odebrała bez pośpiechu, spokojnym głosem:

— Luizo? Dobry wieczór. Musimy porozmawiać.