Michał stał z kieliszkiem uniesionym

— Mamo… porozmawiajmy. Zrobiliśmy źle, zgoda. Ale nie możesz nas tak wyrzucić.

Elżbieta wskazała drzwi.

— Mogę. I robię to. Teraz.

— A jeśli nie wyjdziemy? — spróbował jeszcze.

Elżbieta uniosła telefon. W jej głosie nie było teatralnej groźby, tylko decyzja.

— Wtedy dzwonię na policję i mówię, że w moim mieszkaniu są dwie osoby, które nie chcą wyjść, a moje rzeczy są porozrzucane, a alkohol otwarty.

Klara podniosła głowę gwałtownie.

— Mamo! Nie możesz!

— Mogę. Bo dziś przekroczyliście granicę. A ja w końcu zrozumiałam, że jeśli jej nie postawię, rozbierzecie mnie na części. Dokładnie tak, jak mówiłaś o pierścionku.

Zapadła ciężka cisza. Michał spojrzał na Klarę, ale ona patrzyła w podłogę, jakby nagle straciła wszystkie argumenty.

Michał chwycił płaszcz z oparcia krzesła.

— Dobrze — powiedział sztywno. — Wychodzimy. Ale pożałujesz. Będziesz nas jeszcze potrzebować.

Elżbieta spojrzała mu prosto w oczy.

— Być może. Ale dziś potrzebowałam szacunku. I go nie dostałam.

Klara wzięła torebkę, zatrzymała się w progu.