Mąż poradzi sobie z urodzinami
„Marsel”. Jeśli ona albo wy tam przyjdziecie — ochrona nie wpuści was. Lista gości została zatwierdzona.
— Ty… ty… — Milana łapała dech z wściekłości. — Kim ty się uważasz?
— Żoną twojego brata. Żoną, a nie służącą. Timurze — Wiktoria skinęła na kierowcę — zawieź panią do domu. Oto adres, na wszelki wypadek. I nie słuchajcie jej histerii, za to wam nie dopłacą.
Wsiadły z Aloną do samochodu przyjaciółki i odjechały, zostawiając Milanę stojącą na środku parkingu z otwartymi ustami.
— Byłaś wspaniała! — zachwyciła się Alona. — Gdybyś widziała jej minę!
— Teraz się zacznie — westchnęła Wiktoria. — Ewelina Markowna mi tego nie zapomni.
Telefon zaczął dzwonić jak szalony już po piętnastu minutach. Teściowa, Milana, potem znowu teściowa. Wiktoria wyłączyła dźwięk i schowała telefon do torebki.
W domu czekała ją niespodzianka. Na progu stał Awdiej — rozczochrany, wściekły.
— Co do diabła urządziłaś? Mama w histerii, Milana płacze! Zwariowałaś?
— Przecież miałeś być w Jekaterynburgu — powiedziała Wiktoria z zakłopotaniem.
— Przyleciałem, kiedy zadzwoniła mama! Odwołałem najważniejsze spotkanie! Wiktorio, rozumiesz, co narobiłaś?
— Odbierałam twoją siostrę i zorganizowałam jej dowóz do domu. W czym problem?
— UPOKORZYŁAŚ ją! Zatrudniłaś jakiegoś kierowcę, jakby ona była nikim!
— A ja KIM jestem? — wybuchnęła Wiktoria. — Bezpłatnym szoferem? Służącą?
— Jesteś moją żoną i powinnaś pomagać mojej rodzinie!
— Jestem twoją żoną, a nie niewolnicą twojej matki! I wiesz co? MAM TEGO DOŚĆ! Cztery lata znoszę chamstwo, upokorzenia, obelgi! Twoja matka depcze mnie po głowie, a ty udajesz, że nic się nie dzieje!