„Mamo… Pamiętam go”

„Kim jest ten chłopiec?” zapytała, jej głos był zbyt wysoki.

„Mamo, musimy porozmawiać,” powiedział Ricardo. „Chodzi o Mateo… i o Pablo.”

Doña Esperanza próbowała zaprzeczać, ale gdy ujrzała obu chłopców razem, zbledła. Opierała się o framugę drzwi.

„Zbiegi okoliczności,” mamrotała, bez przekonania.

„Urodzili się tego samego dnia,” powiedziała Daniela. „W tym samym szpitalu. Mają to samo znamię. Tę samą bliznę na tym samym palcu.”

Mateo pociągnął za spódnicę swojej babci. „Babciu… to mój brat. Czy go nie pamiętasz?”

Doña Esperanza gwałtownie go odepchnęła, jakby słowo „brat” poparzyło ją.

„Nie wiem, o czym mówisz! Ten chłopiec nie ma z nami nic wspólnego.”

Ricardo wszedł za nią do środka. Daniela weszła z dziećmi za nią. Pablo patrzył na meble, jakby były z innej planety.

„Powiedz mi prawdę,” zażądała Daniela. „Jestem jego matką.”

„Jesteś matką Mateo,” krzyknęła Doña Esperanza. „Tylko Mateo!”

A potem cisza została złamana. Jakby tajemnica mogła w końcu odetchnąć.

Doña Esperanza osunęła się na sofę i zakryła twarz.

„Po prostu chciałam ich chronić,” powiedziała, jej głos był bolesny.

„Czego?” zapytali Ricardo, drżąc z wściekłości.

„Poród był skomplikowany… Daniela straciła dużo krwi… była nieprzytomna przez godziny. Lekarze powiedzieli, że było dwoje dzieci. Ale jedno… miało problemy z oddychaniem.”

Daniela poczuła, że ziemia znika pod jej nogami.

„A co zrobiłaś?” wyszeptała, bez siły.

„Pielęgniarka powiedziała, że była kobieta… Consuelo… która mogła się nim zająć. Powiedziano mi, że to dla jego dobra. Byłaś młoda… myślałam…”

„To nie była twoja decyzja!” wybuchł Ricardo.

Pablo zaczął płakać. Mateo przytulił go z bezwzględnością, jakby jego małe ciało mogło go ochronić przed nienawiścią dorosłych.

„Teraz jesteśmy razem,” wyszeptał.