„Mamo… Pamiętam go”

To samo, które miał Mateo.

„To on,” powiedział Mateo cicho, ciągnąc ją za rękaw. „Inny chłopiec. Ten, którego widzę, kiedy śpię. Mamo… on tam był. Z nami.”

Daniela poczuła, jak jej gardło się zamyka.

W mgnieniu oka pojawiło się wspomnienie—szpitalne światła zbyt jasne, zlewanie się głosów, chwilę po porodzie, kiedy wyczerpanie zamieniało się w ciszę. Pamięć, którą zawsze odrzucała jako zamieszanie. Jako strach. Jako fantazję.

Mówiła sobie, że był tylko jeden puls. Jeden krzyk.

Uwierzyła w to.

„Mateo,” wyszeptała, starając się przywrócić stabilność do swojego głosu, „wystarczy. Chodź. Idziemy.”

Ale on się nie ruszył.

„Znam go,” powiedział zwyczajnie.

Następnie uwolnił się i pobiegł.

Daniela zamarła. Chciała krzyknąć, gnać za nim, ale jej ciało nie reagowało. Po drugiej stronie placu, chłopiec boso spojrzał w górę w momencie, gdy Mateo do niego dotarł.

Stali centymetrami od siebie.

Nie bali się. Nie wahały się.

Chłopiec wyciągnął rękę.

Mateo ją wziął.

Ich uśmiechy rozkwitły w tym samym momencie—identyczne, naturalne, jakby ćwiczyli to znacznie wcześniej.

„Cześć,” powiedział chłopiec cicho. Jego głos był delikatny, nieskalany przez ulice. „Widujesz mnie w swoich snach?”

Oczy Mateo rozbłysł.