Mama położyła teczkę na stole. Zatrzask z metalicznym kliknięciem przeciął ciszę ostrzej niż jakikolwiek krzyk.

„Dziękuję. Uczę się radzić sobie sama.”

Mama zaczęła odwiedzać mnie w niedziele, przynosząc ciasto zamiast pretensji.

Dom był cichy. Ciepły. MÓJ.

I wtedy zrozumiałam: nie dlatego, że był wpisany na moje nazwisko.

Ale dlatego, że nauczyłam się bronić swojego życia bez poczucia winy.