Mama położyła teczkę na stole. Zatrzask z metalicznym kliknięciem przeciął ciszę ostrzej niż jakikolwiek krzyk.

Mama cofnęła się, jakby ktoś ją uderzył.

— Jak możesz mówić tak do własnej matki?!

— Bo jestem twoją córką, a nie twoją własnością, — odpowiedziałam. — I bo miłość nie polega na odbieraniu komuś owoców jego pracy.

Marta spuściła wzrok. Gdy się odezwała, jej głos był już inny — prawdziwy, pozbawiony roszczeniowości:

— Nie rozumiałam, że to aż tak poważne. Myślałam… że sobie poradzisz. Zawsze sobie radziłaś.

— Radziłam sobie, bo walczyłam za siebie. A nie po to, by później mnie rozebrano z tego, co zbudowałam, — powiedziałam. — Ale pomogę ci. Naprawdę. Tylko nie połową domu — pomocą, która da ci własne życie.

Mama wzięła głęboki oddech.

— Czyli… nie oddasz domu. Ale chcesz pomóc? — jej głos nie był już oskarżający, tylko zmęczony.

— Tak — odpowiedziałam. — Na moich warunkach. I tylko jeśli uznacie, że ten dom jest mój. Że moje granice są ważne.

Zapadła długa cisza. Zegar na ścianie tykał głośniej niż zwykle.

Pierwsza skinęła głową Marta.

— Dobrze. Przyjmę twoją pomoc. Bez domu. Chcę spróbować sama.