Mama położyła teczkę na stole. Zatrzask z metalicznym kliknięciem przeciął ciszę ostrzej niż jakikolwiek krzyk.
— Nie wyjdziemy stąd, dopóki nie podpiszesz — powiedziała spokojnie, jakby wydawała wyrok.
Ale we mnie nie było już lęku. Nie było nawet złości. Tylko zimna pewność: jeśli ustąpię teraz, stracę nie połowę domu, ale całe swoje życie.
Usiadłam naprzeciwko nich.
— W porządku — powiedziałam. — Porozmawiajmy. Ale wyłącznie w obecności prawnika.
Mama zmrużyła oczy.