Luda, gdzie jest rosół

Usiadł, powoli, jakby wstawał z dna choroby. Patrzył na mnie, jakby próbował zrozumieć, czy żartuję, czy oszalałam od zmęczenia.

— Ty… wylałaś jedzenie? Naprawdę? Ja jestem chory!

— Nie jesteś chory, Valera. Jesteś po prostu sprytny.

I po raz pierwszy od trzydziestu lat to ja byłam spokojniejsza od niego.

Wyjęłam z kieszeni paragon i bardzo ostrożnie położyłam go na stoliku kawowym, tuż obok termometru i rozrzuconych gazet. Biała karteczka zwinęła się lekko w rulonik, jakby sama próbowała się ukryć. Valera spojrzał na paragon. Potem na mnie.

Potem znowu na paragon. Widziałam, jak w jego oczach rodzi się nerwowe, gorączkowe poszukiwanie usprawiedliwienia, jak w panice szuka jakiejkolwiek wersji, która brzmiałaby choć odrobinę wiarygodnie.

Rumieniec – intensywny, ciężki, nienaturalnie jasny – zaczął rozlewać się po jego twarzy, wypierając chorobliwą bladość, którą tak starannie demonstrował od wczoraj.

— A… to… Luda, ja chciałem wytłumaczyć — wymamrotał najpierw, ale już po chwili jego głos nabrał siły i pewności. — To była okazja. U Siergieja w sklepie była zniżka, tylko jeden dzień. Taki silnik, japoński, normalnie kosztuje dwieście tysięcy, a ja wziąłem za sto dwadzieścia! Przecież to inwestycja!

— Inwestycja? — powtórzyłam cicho. — W kopercie leżało moje zdrowie, Valera.

— Zrobimy ci wszystko! — machnął ręką, zniecierpliwiony, jakby odganiał nieważny problem. Ten lekceważący gest zabolał mnie bardziej niż jakiekolwiek słowa. — No poczekasz miesiąc, dwa, co za różnica? To nie jest krytyczne. A silnik przepadnie. Ty po prostu nie znasz się na technice.

„Nie jest krytyczne”. Właśnie to. Cała esencja naszego małżeństwa w dwóch słowach. Moje problemy — „poczekasz”. Jego zachcianki — „przepadną”. Ja mogę poczekać. Mogę chodzić w starym płaszczu. Jestem przecież silna. Jestem Luda — ta, która zawsze wytrzyma.

Nagle zadzwonił dzwonek do drzwi.

— Kto to znowu? — podskoczył mąż, szczerze poirytowany.

— Mój obiad — powiedziałam spokojnie i wstałam.

Małe święto nieposłuszeństwa.