Luda, gdzie jest rosół

Wróciłam do kuchni. Na kuchence wesoło bulgotał garnek. Złocisty wywar, przezroczysty jak łza, z gałązką koperku unoszącą się na powierzchni – dokładnie taki, jak lubi. Idealna troska dla idealnego egoisty.

Spojrzałam na samotną kurzą nogę wystającą z wody. W głowie przemknęła myśl: „Usługa chwilowo niedostępna”. Wyłączyłam gaz. Wzięłam garnek w ręce, nawet nie szukając rękawic, bo żar w środku mnie był silniejszy niż ogień pod garnkiem.

Podeszłam do zlewu. Durszlak okazał się zbędny. Pochyliłam garnek i złocista ciecz, którą gotowałam przez dwie godziny, z bulgotem popłynęła w otwór zlewu. Kurczak upadł ciężko na dno zlewu. Za nim poleciała marchewka i cebula – ciche świadectwo mojego wysiłku. Odkręciłam zimną wodę i spłukałam wszystko, jakby spłukiwała swoją dotychczasową rolę.

— Luda, no idziesz? — krzyknął Valera, już z irytacją. — Zaraz wstanę!

Wytarłam ręce, wzięłam telefon. Otworzyłam aplikację do zamówień. Mój palec zawisł nad działem „Pizza”, ale zmieniłam zdanie. Nie. Dzisiaj nie będzie ciasta ani kompromisów.

Wybrałam najdroższą japońską restaurację w naszej okolicy. Zestaw „Cesarski”: węgorz, łosoś, przegrzebki, kawior. Cena – 4800 rubli. Nacisnęłam „Złóż zamówienie”. Płatność kartą męża, podpiętą do mojego telefonu „na gospodarstwo domowe”. Przyszło powiadomienie: „Zamówienie przyjęte. Oczekuj kuriera za 40 minut”.

Usiadłam przy stole w kuchni, położyłam przed sobą paragon za silnik i przycisnęłam go ciężką, kryształową cukiernicą.

— Luda!!!

— Idę, Valera — powiedziałam cicho, ale mój głos w pustym mieszkaniu zabrzmiał twardo i pewnie.

Nie wzięłam tacy. Nie wzięłam lekarstw. Poprawiłam włosy, spojrzałam w swoje odbicie w ciemnym oknie — zmęczona kobieta, która zbyt długo była dobra — i poszłam do salonu.

Valera leżał na plecach, przykrywając oczy dłonią, całym ciałem demonstrując swoje „straszliwe cierpienie”. Gdy usłyszał moje kroki, uchylił jedno oko, spodziewając się, że zobaczy parującą miskę.

— No nareszcie — westchnął. — A gdzie rosół?

Podsunęłam krzesło i usiadłam naprzeciwko niego, nie jak zwykle na skraju kanapy. Położyłam dłonie na kolanach.

— Rosółu nie będzie, Valera.

Odjął rękę od twarzy.

— Jak to „nie będzie”? Przecież słyszałem, że grzechotałaś garnkami. Luda, nie zaczynaj, naprawdę źle się czuję. Trzęsie mnie.

— Rosół jest w kanalizacji — odpowiedziałam spokojnie. — Razem z kurczakiem.