Luda, gdzie jest rosół

Wczoraj.

Wczoraj wieczorem, kiedy wrócił z pracy, trzymając się teatralnie za serce, wszedł do mieszkania powolnym, ciężkim krokiem i powiedział osłabionym głosem:

„Ludoczka, trzęsie mnie, chyba złapałem paskudne przeziębienie, nie mam już siły nawet zdjąć butów”.

W tamtej chwili naprawdę się przestraszyłam. Serce zabiło mi szybciej – rzuciłam wszystko i zaczęłam krzątać się po domu jak opętana. Biegałam po kuchni po herbatę z maliną, szukałam termometru, mierzyłam mu ciśnienie… czułam się tak, jakbym ratowała człowieka na granicy omdlenia.

A przecież, jak się okazało później, godzinę wcześniej dźwigał trzydziestokilogramowy silnik i wcale nie był tak słaby, jak mi to przedstawiał.

Ale to nawet nie to okazało się najgorsze.

Po plecach rozlał mi się lodowaty dreszcz, zimniejszy i bardziej przenikliwy niż listopadowy wiatr. Zimno, które nie pochodzi z powietrza, ale z wewnętrznego przeczucia. Ja znałam tę kwotę. Znałam ją aż za dobrze. Zbierałam ją przez półtora roku – grosz do grosza, z każdej dodatkowej pracy, z każdego „odłożę to na później”.

To była moja uśmiechnięta przyszłość. Moje zęby. Moje skomplikowane leczenie, trzy implanty, na które czekałam, które przekładałam, znosiłam ból i dyskomfort, jadłam ostrożnie tylko jedną stroną, bo przecież „teraz nie czas”, „najpierw naprawmy samochód”, „dacza potrzebuje nowego dachu”. Zawsze było coś ważniejszego niż ja.

Tydzień temu wypłaciłam wszystkie oszczędności z lokaty i schowałam gotówkę do niebieskiej koperty, którą ukryłam w szafie z bielizną. Valera wiedział. Rozmawialiśmy o tym spokojnie. Umówiliśmy się, że w poniedziałek pójdę do kliniki i wpłacę zaliczkę.

Ruszyłam wolno do sypialni, jak we śnie, jakby wszystko działo się w zwolnionym tempie. Otworzyłam szafę, wyjęłam pudełko z pościelą. Niebieska koperta leżała tam, dokładnie w tym miejscu, gdzie ją zostawiłam.

Była pusta.

— Lud! — dobiegło z salonu. Jego głos był marudny, rozkapryszony i wymagający, jak u dziecka, któremu coś się należy. — No ile można czekać? Mam całkiem suche gardło. Zapomniałaś o mnie?

Stałam pośrodku sypialni, jak wbita w podłogę. W jednej ręce trzymałam pustą kopertę, w drugiej – paragon za silnik. W środku coś we mnie pękło, ale bez huku.

Nie było krzyku. Nie było łez. Pojawiło się uczucie, jakby ktoś w duszy wyłączył główny wyłącznik. Klik – i zapadła cisza.

Trzydzieści lat byłam „wygodną Ludą”. Tą, która zawsze zrozumie. Tą, która poczeka. Tą, która jeszcze rok pożuła jedną stroną, bo Valera ma ważniejsze sprawy: ryby, stres, „męskie braterstwo”, jego małe i duże zachcianki.

On zabrał nie tylko pieniądze. On zabrał moje zdrowie, moje plany i resztki cierpliwości. I leży teraz na kanapie, udając słabość, doskonale wiedząc, że wczoraj wydał co do grosza na swoją zabawkę.

— Luuuuda! — jego głos zrobił się mocniejszy, bardziej wymagający. — Przynieś rosół!