– To fascynujące, Galina Petrovna. Czyli ja, ta, która przygotowała ten stół, umyła naczynia, kupiła tę drogą serwetkę — która zresztą jest w przedpokoju, bardzo droga! — nie jestem nikim? Ale ta serwetka, tak, ona jest “rodzina”, prawda?
Teściowa zamarła. Nigdy wcześniej Olga nie odpowiedziała w ten sposób. Dima wreszcie wstał.
– Olga! Dość! – syknął.
Olga go zignorowała.
– Mówicie, że nie jestem z waszej rodziny, więc jestem obca. Dobrze. Zapamiętam to. A teraz posłuchajcie, co się wydarzy.
Olga jeszcze bardziej się wyprostowała. Jej marmurowy uśmiech zniknął z twarzy, a pozostał tylko lodowaty chłód. Nie spojrzała nawet na Dimę, który próbował się ukryć, jakby był meblem.
– Mówicie, że jestem obca, Galina Petrovna? – Głos Olgi był niski, ale w tej ciszy brzmiał jak dźwięk tłuczonego szkła. – Mówicie, że jestem nikim? Doskonale.
Podeszła dwa kroki w stronę przedpokoju. Goście stali w osłupieniu. Irina, idealna synowa, nawet przestała przeżuwać swój łosoś.
Olga wróciła z wielką, ciężką torbą, tą, którą przyniosła pół godziny wcześniej. W środku znajdowała się znana już serwetka z lnu, haftowana ręcznie, na którą teściowa miała oko od prawie roku. Ileż była warta!
Podeszła do stołu i położyła torbę na blacie.
– Oto, Galina Petrovna. Twoja serwetka. Wydałam na nią miesięczne wynagrodzenie. To był mój prezent dla kogoś “bliskiego”. Ale skoro dla ciebie jestem nikim, to mój “nieważny” prezent nie jest ci potrzebny.
Galina Petrovna w końcu odzyskała głos. Wzdrygnęła się, jak jeż.
– Co ty robisz, Olga?! Jak śmiesz…