Brandon zmienił kolor na popielaty. Spojrzał na matkę, potem na mnie, jego usta otwierały się i zamykały jak ryba.
Patricia zapadła się w swoim krześle, chwytając się za pierś, jej oczy były szerokie od przerażenia. Maska została zdjęta, a brzydka, chciwa twarz została ujawniona nowojorskiej elitzie.
Nagranie skończyło się. Cisza, która nastąpiła, była cięższa od kamiennych murów hotelu.
Oddałam mikrofon wstrząśniętemu księdzu. Odwróciłam się w kierunku Brandona.
Wyciągnął do mnie rękę, desperacja w jego oczach. „Emily, poczekaj! To nie… Nie chciałem…”
„Nie dotykaj mnie,” powiedziałam. Mój głos nie był głośny, ale zatrzymał go jak wmurowany.
„Ty i twoja matka chcieliście nauczyć mnie, jak być żoną?” zapytałam. „Chcieliście złamać mój ‘roszczeniowy duch’? Chcieliście skonfiskować moją kartę?”
Śmiałam się, suchym, bez śmiechu dźwiękiem.
„Oto rzeczywistość, Brandonie. Nie podpisałam jeszcze licencji małżeńskiej. Co oznacza…?”
Wskazałam na pokój, na kwiaty, na czekających kelnerów.
„…moje aktywa pozostają _moimi_ aktywami.”
Patrzyłam na mojego ojca, Arthura Sterlinga, który teraz stał, otoczony przez dwóch potężnych strażników oraz pana Hendersona, prawnika. Mój ojciec skinął raz głową.
„A Brandon,” powiedziałam, zadając kończący cios. „Prezent ślubny, który mój ojciec przygotował dla ciebie? Akt własności penthouse’u na Manhattanie? Umowa na stanowisko Wiceprezesa w Sterling Corp?”
Oczy Brandona zabłysły na chwilę iskrą nadziei—chciwość nadal była żywa, nawet w jego panice.
„Mój prawnik anulował je pięć minut temu,” powiedziałam. „Nie istnieją.”
Brandon opadł na dół, fizycznie kurcząc się.