Drzwi zamknęły się za nim bez najmniejszego dźwięku. Nawet nie miał na tyle godności, żeby nimi trzasnąć.

Przełączyłam go na tryb cichy i odłożyłam na blat. Nie chciałam czytać jego reakcji, tłumaczeń, próśb ani „nie róbmy dramatu”. Dramę stworzył już on i jego matka — nie ja.

Otworzyłam okno. Do środka wpadło zimne, ostre nocne powietrze, uderzając mnie w twarz. Jak lodowaty prysznic — nieprzyjemny, ale konieczny. Wciągając głęboko powietrze, poczułam coś, czego dawno już we mnie nie było: spokój. Prawdziwy. Stabilny.

Po raz pierwszy od miesięcy mieszkanie nie wydawało mi się ciasne, przyduszone, obciążające. Znów było moje. Każdy metr kwadratowy. Każdy kąt. Każda decyzja. Wszystko zapłacone moją pracą — nie czyimś oczekiwaniem.

Poszłam do sypialni i otworzyłam szafę. Wzięłam z wieszaka suknię ślubną. Przez chwilę tylko na nią patrzyłam — biała koronka, wybrana z czułością, pełna drobnych, kruchych nadziei.