Drzwi zamknęły się za nim bez najmniejszego dźwięku. Nawet nie miał na tyle godności, żeby nimi trzasnąć. Wyszedł jak intruz, który w końcu zrozumiał, że nie ma już miejsca w domu, który przestał go chcieć.
Zostałam sama w swoim mieszkaniu — w tym mieszkaniu „wynajmowanym od banku”, jak powiedziała Małgorzata — i po raz pierwszy od wielu miesięcy cisza nie przygniatała mnie ciężarem. Była jak ulga. Jakby ktoś w końcu otworzył okno w dusznym pokoju, w którym od dawna zabrakło powietrza.
Usiadłam na podłodze, opierając plecy o kuchenną szafkę. Ręce drżały mi, ale nie ze strachu. Z gniewu. Z obrzydzenia. Z gorzkiego zdziwienia, że tak długo żyłam u boku mężczyzny, który nie tylko nie stanął po mojej stronie, ale gotów był poświęcić wszystko, co moje — i moich rodziców — dla wygody innej kobiety.
Telefon zawibrował. Na ekranie pojawiło się imię Tomasza.