Dobrze, że awansowałaś

— Sto osiemdziesiąt — powiedziała sprzedawczyni.

Nadia wyjęła pieniądze i zapłaciła. Wzięła książkę i wyszła na ulicę.

Stała na schodach księgarni, trzymając zakup w rękach. Książka. Zwykła książka, którą kupiła dla siebie. Nie dlatego, że musiała, nie dlatego, że ktoś poprosił. Po prostu dlatego, że chciała.

Takie drobne radości. A wcześniej nie było nawet pieniędzy na nie.

Nadia ruszyła w stronę przystanku. Czekała na autobus, obserwując ludzi wokół. Pary, rodziny, samotni. Każdy ze swoją historią.

I ona też miała swoją historię. Historię o tym, jak przestała ciągnąć cudzy wóz. Jak wyszła z jarzma i obrała własną drogę.

Autobus podjechał. Usiedła przy oknie i otworzyła książkę. Czytała w trakcie jazdy.

Wysiadła na swojej przystanku, przeszła znajomą drogą. Otworzyła furtkę, weszła na podwórko. Dom przywitał ją ciszą i ciepłem.

Nadia rozebrała się, poszła do kuchni, zjadła kolację i umyła naczynia. Położyła się na kanapie z książką.

Czytała do późnej nocy. Potem zgasiła światło i otuliła się kocem.

Leżąc w ciemności myślała — czy jest szczęśliwa? Pewnie tak. Nie euforia z filmów, ale spokojna równowaga. Wiedza, że jutro obudzi się i będzie żyć tak, jak sama chce.

Bez długów. Bez pretensji. Bez cudzych planów na jej pieniądze i życie.

Nadia zamknęła oczy.

Była wolna.

I to wystarczało.