Dobrze, że awansowałaś

— Tak, powoli.

— Dobrze. Mówią, że mieszkasz sama?

— Sama.

Sąsiadka skinęła głową ze zrozumieniem.

— Właściwie. Sama, na własną głowę — lepiej niż we dwoje, w czyimś jarzmie.

Nadia uśmiechnęła się i ruszyła dalej.

Trzy miesiące później Nadia została mianowana starszą zmianową. Kolejne awans, kolejny szczebel w jej życiu. Przyjęła to spokojnie — bez euforii, ale z cichą satysfakcją.

W pracy była szanowana. Koledzy prosili ją o rady, dyrektorka słuchała. Nie była już tylko parą rąk w kuchni — była profesjonalistką.

Tego wieczoru, gdy ogłoszono jej nominację, Nadia siedziała w domu, pijąc gorący napój. Na zewnątrz zapadał zmrok, śnieg powoli topniał — wiosna była już blisko.

Myślała o Borisie. Ciekawe, czy znalazł pracę? Czy znalazł nową kobietę, która będzie go ciągnąć za sobą?

Nie miało znaczenia.

Nadia wstała i podeszła do okna. Za szybą — jej podwórko, jej dom, jej życie — wywalczone, wycierpiane, odzyskane.

Przypomniała sobie tamten wieczór, gdy otworzyła drzwi i ich wyprosiła. Jak drżały jej ręce. Jak bardzo chciała się poddać, cofnąć wszystko, dalej cierpieć.

Ale nie poddała się.

A teraz stała tutaj, w swoim domu, z czystym sumieniem i wolną duszą.

Nadia uśmiechnęła się do swojego odbicia w szybie.

Udało jej się.

Minął rok.

Nadia szła ulicami miasta po pracy. Wiosna, ciepły wieczór, ulice pełne ludzi. Zatrzymała się przy witrynie księgarni — od dawna chciała kupić coś do czytania.

Weszła do środka i spacerowała między półkami. Wybrała powieść, którą poleciła jej koleżanka. Podeszła do kasy.