Dobrze, że awansowałaś

Sofia Własowna chwyciła torebkę, oczy jej zwęziły się w stanowczym geście.

— Chodźmy, Borys. Niech żyje sama. Bez rodziny, bez wsparcia. Zobaczymy, ile wytrzyma. Wyschnie, zobaczysz.

Nadieżda milczała. Stała po prostu przy drzwiach, trzymając je otwarte.

Borys wahał się, przestępował z nogi na nogę, ale matka pociągnęła go za rękę. Położył klucze na półce i wyszedł. Sofia Własowna przeszła obok Nadieżdy, nie patrząc na nią, unosząc brodę z wyższością.

Drzwi się zamknęły.

Cisza.

Nadieżda oparła się plecami o drzwi. Ręce jej drżały. Usiadła na podłodze i objęła kolana. Siedziała tak długo — może dziesięć minut, może pół godziny.

Potem wstała i poszła do łazienki. Umyła twarz zimną wodą i spojrzała w lustro. Twarz była zmęczona, z sińcami pod oczami i pierwszymi zmarszczkami.

Kiedy to się stało? Kiedy jej twarz zaczęła wyglądać tak zmęczona?

Wyszła do kuchni. Otworzyła lodówkę — pusta, jak zawsze. Borys zjadł resztki z rana. Nadieżda wzięła jajka, wstawiła wodę do czajnika. Przygotowała sobie omlet i usiadła przy stole.

Jadła powoli, każdy kęs przypominał jej o samotności. Za oknem zrobiło się ciemno, a mieszkanie pozostawało ciche. Po raz pierwszy od półtora roku — cisza.

Borys zadzwonił trzy dni później. Nadieżda nie odebrała. Potem przyszedł SMS: „Nad, spotkajmy się. Porozmawiajmy normalnie. Wszystko zrozumiałem.”

Usunęła wiadomość, nie czytając jej.

Po tygodniu napisał ponownie: „Potrzebuję rzeczy. Kiedy mogę przyjechać?”

Nadieżda spakowała jego ubrania do dwóch worków i zostawiła je w przedpokoju. Napisała: „Weź je. Jestem w pracy do ósmej.”

Nie pisał więcej.

Sofia Własowna wysłała długą wiadomość głosową. Nadieżda jej nie odsłuchała — usunęła i zablokowała numer.