Dobrze, że awansowałaś

— Los kobiety to znosić, — wtrąciła się Sofija Własowna. — Myślałaś, że jak się wyjdziesz za mąż, wszystko samo się ułoży? Mężczyzna szuka godnego miejsca, nie rzuca się na pierwszą lepszą okazję.

Nadieżda spojrzała na teściową, potem na męża. Coś w niej pękło — jakby wyłącznik został odcięty.

Poszła do pokoju, otworzyła szafę i wyciągnęła grubą teczkę. Wróciła i położyła ją na stole.

— Proszę. Wszystko, co nam jesteście winni od półtora roku.

Borys otworzył teczkę i zaczął przeglądać rachunki. Twarz mu pobladła.

— Zbierałaś na mnie kompromitujące dowody?

— Po prostu pamiętałam. Za każdym razem, gdy mówiliście „pilne“. Futro pilne? Telewizor pilny? Balkon na działce pilny?

Sofija Własowna chwyciła teczkę.

— Podglądałaś nas? Nas?

— Po prostu nie zamykałam oczu. W przeciwieństwie do was, widzę, dokąd idą pieniądze. Moje pieniądze.

— Twoje? — wyprostowała się teściowa, spojrzenie surowe. — Zapomniałaś, kto cię wprowadził do rodziny? Bez nas kim byś była? Po prostu kucharką.

— Jestem kucharką. To moja praca. A wy? Co robicie?

Borys próbował wziąć ją za rękę.

— Nad, nie rób tak. Jesteśmy rodziną. Rodzina pomaga sobie nawzajem.

— Pomaga? — odsunęła się Nadieżda. — Gdzie byłeś, gdy wychodziłam na zmianę z 39 stopni gorączki? Gdzie była twoja mama, gdy sama przyklejałam tapetę i szorowałam podłogi po remoncie?

— No, ty sama wszystko wzięłaś na siebie, — machnęła ręką Sofija Własowna. — Nie przeszkadzaliśmy ci.

— Nie przeszkadzaliście? Co miesiąc nowy kredyt. Co tydzień „nagła potrzeba“. A ja, głupia, milczałam i płaciłam.